DUCHOWEGO ROZWOJU
(CZĘŚĆ 1)
LINK! DO CZĘŚCI 2
Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze miałam poczucie jakiejś dziwnej
więzi
ze
światem duchowym. Nikt o tym wtedy nie rozmawiał, była tylko zwykła
katechizacja
w szkole, która niekiedy sprowadzała się do wkuwania trudnych i
niezrozumiałych
dogmatów na pamięć. Ten okres wspominam, jako sztywne ramy, w które
wkomponowane
był religijne obrzędy, przeżywane zewnętrznie bez szczególnego
zaangażowania uczestników. Czas płynął, niekiedy natrafiałam na
artykuły o duchowości, to jednak
było wszystko za mało.
Po pewnym czasie natrafiłam na czasopisma ezoteryczne: tygodnik
"Gwiazdy mówią", oraz miesięcznik " Wróżka". Ich lektura otworzyła mi
nieco oczy na świat spirytualny, ale jawił mi
jakiś enigmatyczny, jakby nie dla mnie. Zawsze towarzyszyło mi
przeczucie, że tą drogą
mogą podążać wybrani ludzie i po trosze im zazdrościłam.
Czas płynął i jak się potem przekonałam było to z korzyścią dla
mnie. Moja uśpiona
dusza zaczęła się powoli budzić. Ten okres
wspominam bardzo niemile. Targały mną
na przemian
lęki i tęsknota. Nie wiedziałam co się dzieje. Czasami ogarniał mnie
taki paniczny strach, że bałam się wyjść z domu, by wykonywać
codzienne obowiązki.
Leczenie farmakologiczne nie przynosiło
pożądanych efektów, wiec lekarze zalecili
mi ziołowe preparaty
uspokajające.
I wtedy po raz pierwszy sięgnęłam po miesięcznik
"Poradnik
uzdrawiacza". Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności natrafiłam na
niego
kupując codzienną prasę. Przeczytałam go jednym tchem od deski
do deski. To trochę otworzyło mi oczy na procesy zachodzące u
i rozprowadzała fale
gorąca w kierunku tułowia i kończyn dolnych. Fizycznie czułam się
bardzo źle, towarzyszyło mi ogromne wyczerpanie energetyczne. Byłam
tak zmęczona niekiedy, że najchętniej przeleżałabym cały dzień w
łóżku. Ale i tym razem przyszedł mi
z pomocą ten miesięcznik. Otóż
był w nim zawarty ranking najpopularniejszych polskich uzdrowicieli
.Wtedy postanowiłam skorzystać z ich pomocy. Jakaś wyższa siła
prowadziła mnie wtedy, bo zadzwoniłam do bioenergoterapeutki
dyplomowanej Zdzisławy Wawrzyniak (przyjmuje
do dnia dzisiejszego w Lesznie). Uzdrowicielka po zapoznaniu
się najpierw telefonicznie z moimi problemami zaczęła pracę nad moim
biopolem. Najbardziej mi pomogły wizyty u niej, ponieważ zasiliła
mnie energią, dzięki której zaczął się u mnie
proces oczyszczania
psychiki.
Przed moimi oczami zaczęły się przewijać bardzo bolesne wspomnienia,
zranienia.
Wszystko musiałam jeszcze raz przerobić, aby pozbyć się tego na
zawsze. Wtedy naprawdę
od pewnego czasu poczułam się lepiej, zaczęłam odczuwać emocje z
tego przeciwnego bieguna, a wiec radość, zadowolenie. To była jednak
przedwczesna radość. Nie wiedziałam
co mnie czeka, gdy energia przesunie się wyżej, w okolice mojego
zablokowanego serca.
Wtedy dopiero ma miejsce prawdziwe oczyszczanie, takie czyśćcowe.
Miałam wrażenie,
że oczyszczam całą karmę, wszystkie poprzednie wcielenia.
Cały ten proces poprzedzały sny. W jednym z nich ukazał mi się żółty
wąż skierowany
ku górze. Teraz wiem, że była to energia kundalini
wyrażona przy pomocy tego symbolu.
Pełne przebudzenie czakry pierwszej i drugiej przebiegało raczej
spokojnie, bez większych niespodzianek. Więcej kłopotów przysporzyła
mi czakra trzecia, dopiero pełny balans tej czakry (splotu
słonecznego) spowodował u mnie wyciszenie i pozbycie się lęków, a
także sensacji ze strony układu pokarmowego. Ale prawdziwa walka
była dopiero przede mną. Energia spirytualna w moim ciele
przemieściła się w okolice czakry czwartej. Teraz miało nastąpić jej
całkowite oczyszczenie i zbalansowanie. Cały ten proces duchowy
poprzedziło pasmo tragicznych wydarzeń w moim życiu. Teraz z
perspektywy czasu widzę, że było to konieczne, aby ten proces był
kompletny.
Blisko siedem lat temu w kwietniu zmarł tragicznie mój brat, cztery
miesiące po
jego
śmierci moja mama miała wypadek, w wyniku którego poważnie został
uszkodzony kręgosłup. Diagnoza lekarska brzmiała jak wyrok: tetraparesis czyli
porażenie czterokończynowe.
W najlepszym wypadku miał być wózek inwalidzki,
w najgorszym obłożne
leżenie i w perspektywie pół roku życia. Jak by tego było mało,
człowiek, który zapewniał mnie o wielkim uczuciu i deklarował pomoc
w każdej sytuacji postanowił wycofać się ze składanych obietnic.
Stwierdził, że to będzie mu przeszkadzało robić karierę zawodową. I
tak zostałam sama, przyjaciele zaczęli się wycofywać, jakoś
nigdy
nie mieli czasu. Rodzina jak rodzina coś tam pomogła, zastanawiając
się przy tym
za co spotkała nas taka kara Boska. Wtedy całkowicie
rozpadł się mój dom. Bezradność ojca tylko przytłaczała, wszystko
spoczęło na moich barkach. Rzeczywiście nieraz towarzyszyła mi
podczas tych trudnych dni myśl, że Bóg mnie opuścił. Całe dnie
płakałam, nie panowałam w ogóle nad tym. Łzy same płynęły mi z oczu.
Znalazłam
się na samym dnie rozpaczy.
Musiałam zrezygnować ze swoich marzeń, porzucić myśl o pięknej
przyszłości
w innym miejscu zamieszkania. Była to potężna lekcja
pokory wobec ludzi i wobec
Stwórcy. Wtedy uświadomiłam sobie jakim
marnym i nikłym prochem jestem. Myślałam,
że Bóg zupełnie o mnie
zapomniał. Myliłam się jednak. Operacja mamy zakończyła
się sukcesem
, potem długie lata rehabilitacji przyniosły pożądany efekt.
Wreszcie stanęła
o własnych siłach. Opieka nad nią w tej ciężkiej
chorobie wyzwoliła u mnie głębsze pokłady miłości i współczucia.
Również moje wizyty w szpitalu uświadomiły mi jak wielką wartość ma
wsparcie i słowa otuchy pod adresem wszystkich pacjentów. I tak
powoli czakra serca zaczęła się u mnie otwierać. Ale ile musiałam
się nacierpieć, żeby ją zbalansować to tylko sam Bóg wie. Gdy w
mojej rodzinie zaczęła
się z powrotem odradzać stabilizacja, ja zaczęłam bardzo podupadać
na zdrowiu.
Zaczęły się ogromne kłopoty z układem krążenia. Moje serce po prostu
szalało.
Wydawało mi się, że pewnego dnia wyskoczy mi z piersi. Do tego
dochodziły ogromne
skoki ciśnienia. Raz miałam ok. 200/100, by za jakiś czas zmniejszyć
się do 100/60. Również
jakimś uderzeniu. Ręce mi siniały. Obwódki na paznokciach miałam
granatowe. Innym razem palce stawały się kredowo - białe jakby
opalizujące. Tak było naprzemiennie. Usta miałam zsiniałe. Wszyscy
myśleli, że mam poważną chorobę serca i nawet lekarze mnie leczyli
lekami nasercowymi, które nic nie pomagały. Po ich zażyciu groziła
mi bradykardia. Lewa ręka
mi drętwiała. W głowie ogromny ucisk i
straszny szum. Z trudnością utrzymywałam równowagę. Nieraz mnie tak
zachwiało,
jak bym była pod wpływem środków
odurzających. Miałam wrażenie, że
to nie jest moje ciało.
Najwięcej sensacji miałam zawsze w kościele. Byłam cała mokra od
potu, myślałam,
że się stopię. Nogi miałam jak z gliny. Nieraz ich nie czułam, szłam
jak na szczudłach. Zdarzały mi się zamroczenia. Innym razem było mi
tak potwornie zimno, że trzęsłam
się cała przy wysokiej temperaturze w pomieszczeniu. I co ciekawe
nikt mi tego nie
był w stanie wytłumaczyć. Lekarze twierdzili, że to nerwy po moich
przeżyciach tak się rozchwiały. Miałam wykonane kompleksowe badania,
które nic nie wykazały. Zaczęto
mnie (dzięki Bogu, że nie czymś
innym) ziołami leczyć na nerwy. To trochę przynosiło
ulgę. Nie mniej sensacji dostarczało mi samo serce. Nie dość, że
waliło jak oszalałe,
to dochodziły potężne kłucia i taki uścisk, że nieraz nie mogłam
złapać tchu. Bolała
mnie cała lewa strona tułowia. Ale te doświadczenia były tylko
przedsionkiem czyśćca
(tak nazywam całkowicie
przebudzenie czakry serca). Dopiero duchowe oczyszczanie
tego organu jest straszliwym bólem, przy którym ból fizyczny jest
tylko małą kropelką goryczy. Bo ból duchowy to ból duszy, a to jest
straszne cierpienie.
cdn..
(CZĘŚĆ 2)
LINK! DO CZĘŚCI 1
LINK! DO CZĘŚCI 3
Z chwilą, gdy otwierała mi się coraz bardziej czakra serca,
przeżywałam
ogromne wewnętrzne cierpienie. W mojej psychice odblokowały się
potężne
pokłady negatywnych emocji, nieraz odnosiłam wrażenie, że
transmutuję całą swoją
karmę, ze wszystkich wcieleń. Do głosu dochodziły różne przeżycia,
które oglądałam
jak na zwolnionym filmie. Musiałam jeszcze raz przeżyć to wszystko,
aby jak się później okazało uwolnić się od tego balastu raz na
zawsze. Nieraz miałam przypływ takiej agresji,
że z trudem radziłam sobie z panowaniem nad nią. Czasami myślałam
sobie, czy to rzeczywiście moje emocje. Przecież niczego takiego
wcześniej u siebie nie obserwowałam. Przechodziłam prawdziwy
czyściec na Ziemi, ale dzięki niemu dostąpiłam całkowitego
oczyszczenia, które przygotowywało mnie na spotkanie z Boskim
pierwiastkiem w mojej duszy. Wtedy zrozumiałam, że podobny proces
oczyszczenia muszą przejść dusze po swojej śmierci, które za życia
nie dokonały transmutacji negatywnych emocji i nie wyzwoliły w pełni
miłości. Dzięki temu będą mogły dostąpić zaszczytu obcowania z
Bogiem.
Podczas otwierania i oczyszczania czakry serca towarzyszyły mi
bardzo dziwne sny.
Nieraz byłam w nich poddawana jakimś rytuałom szamańskim, musiałam
pokonywać niebezpieczne przeszkody, czułam się jakbym odbywała
podróż do wnętrza Ziemi,
do jej mandalicznego środka. Ile przeżyłam przy tym przerażenia,
strachu to jeden
Bóg raczył wiedzieć. Te sny bardzo mi pomogły zrozumieć książki
Mircea Eliadego,
który będąc historykiem religii wyjaśniał dogłębnie te kwestie. W
tym czasie wzrosło
o 100% zainteresowanie ezoteryką i psychologią głębi (dziełami C. G.
Junga i jego uczniów). Różne pozycje same wpadały mi dziwnym trafem
w ręce. Czułam jakby czekały na mnie.
W tym czasie prowadziły mnie sny o chrzcie wodą i ogniem. Była to
prawdziwa ogniowa próba, kiedy boski ogień idący wprost z Kościoła,
oczyszcza doszczętnie moje ciało, które nie ulega spaleniu, ani
nawet uszkodzeniu. Przypuszczam, że to było działanie Ducha św.
Z chwilą otwarcia czakramu serca w moim życiu zaszły duże zmiany. W
tedy
po raz pierwszy doświadczyłam czym jest uniwersalna miłość, często
na mojej
drodze stawały osoby potrzebujące pomocy. Teraz wiem, że to był test
dla mnie,
czy podołam, jak się zachowam. Zmieniła się również moja dieta. Mój
organizm odrzucił mięso i domagał się innego pożywienia. I tak
zaczęłam się żywić owocami i warzywami. Waga ciała unormowała się,
cały organizm zaczął pracować inaczej, jakby doskonalej.
W tym także czasie zaczęłam inaczej rozumieć teksty biblijne,
inaczej pojmowałam życia, jakby ktoś ściągnął mi zasłonę z oczu.
Zaczęłam rozumieć czym jest prawdziwe życie. Bardzo zintegrowałam
się z przyrodą, ze światem zwierząt. Czułam się prawdziwie ich
częścią. Były to niesamowite odczucia, bo nigdy wcześniej takich nie
doświadczałam.
Ale nie był to koniec drogi, w moim życiu ciągle zachodziły
zadziwiające mnie wydarzenia.
Po pełnym otwarciu czakry serca, które zostało " zapowiedziane"
przez piękny sen
(otóż pewnego razu znalazłam się o
centrum Ziemi, był to okrąg wypełniony czarną
glebą, w środku którego znajdowało się piękne serce. Jakaś
niewidzialna dla mnie osoba wypowiedziała trzykrotnie słowo:
SERCE, SERCE, SERCE).
Był to dla mnie znak, że
od tego momentu w swoim życiu muszę się kierować sercem, a nie
rozumem jak to
było do tej pory. Powoli uczyłam się patrzenia na otaczający mnie
świat oczami duszy. Inaczej jak do tej pory, kiedy postrzegałam
świat swoimi fizycznymi oczami. Patrzenie oczami serca , to
patrzenie oczami duszy, która nigdy nie kłamie i ukazuje świat takim
jakim jest naprawdę. Ile rzeczy dostrzega się w ten sposób, tego
nasze ziemskie oczy
nigdy nie zobaczą, bo są skażone subiektywizmem i iluzją. Od tego
momentu czułam ogromne współczucie do wszystkich istot. Nieraz
miałam ochotę ich uściskać,
tak spontanicznie, bez okazji i tylko dlatego, że po prostu są.
Od tego momentu bardzo polubiłam samotność, często szukałam okazji,
aby
pobyć w odosobnieniu. Drażnił mnie zgiełk i huk. Wydawało mi się to
teraz takie
nienaturalne, chociaż do tej pory mi to nie przeszkadzało. Nieraz to
aż tęskniłam
za tą chwilą, w której zanurzę się w tej wspaniałej ciszy. Była
prawdziwym balsamem
na duszę po trudach całego dnia. Wtedy na nowo się odradzałam i
nabierałam nowych
sił do dalszego egzystowania. Trwając w takim stanie świadomości
wcale nie czułam
się samotna, nie przeszkadzało mi, że w tej chwili nikt mi z ludzi
nie towarzyszy, bo
wtedy towarzyszył mi sam Bóg. Takie rzeczy się czuje, chociaż ich
się nie widzi. Przeżywałam wtedy taką niesamowitą radość (
trudno nazwać te uczucia,
trzeba ich doświadczyć), jakbym spotkała najserdeczniejszego
przyjaciela
po długich latach rozłąki i nie mogła się nacieszyć jego obecnością.
cdn...
6 list. 2008 MARIA |
DALSZA MOJA DROGA...
(CZĘŚĆ 3)
LINK! DO CZĘŚCI 2
LINK! DO CZĘŚCI 4
(CZĘŚĆ 3)
LINK! DO CZĘŚCI 2
LINK! DO CZĘŚCI 4
Następny etap na ścieżce duchowego rozwoju poprzedził znowu kolejny
wielki sen.
Było to ponad dwa lata temu. Pewnej nocy przyśniła mi się moja
szyja, przyozdobiona pięknym srebrnym łańcuszkiem. Niby nic
nadzwyczajnego, ale ten łańcuszek nie był delikatny, misterny,
przypominał raczej bransoletkę. W języku podświadomości łańcuszek
symbolizuje nie tyle ozdobę, co ograniczenia i przeszkody. Wtedy
zrozumiałam, że pełne oczyszczenie i zbalansowanie czakramu gardła
też będzie nie lada wyczynem. I zaczęło się. Ciągłe przeziębienia,
tygodniami trwający katar, który swoimi objawami bardziej
przypominał reakcję alergiczną na jakiś alergen, niż stan zapalny na
podłożu bakteryjnym, czy wirusowym. Zapchane zatoki i pulsujący ból
głowy niejednokrotnie stawały się nie do zniesienia. Jakby tego było
mało zaczęło szaleć moje gardło. Zaczęłam odczuwać ogromną blokadę,
która bardzo utrudniała mi mówienie. Nieraz tylko wydawałam dziwny
bełkot. Zaczęłam się też chwilami jąkać. Byłam przerażona, przecież
nigdy nie miałam do tej pory problemów z wysławianiem się.
Zastanawiałam się na tym dziwnym i bardzo niepokojącym zjawiskiem.
Bardzo sztywniał mi wtedy kark i barki, czułam jakby ktoś skrępował
mnie żelaznymi obręczami. Innym razem odczuwałam ogromne pulsowanie
w gardle, któremu na jeden raz towarzyszył słowotok. Był to objaw
braku balansu w tej czakrze.
Od tego czasu minęło ponad dwa lata. Zatoki, które mi tak dokuczały
przez ten
czas odblokowały się jakby ręką odjął. Ale doszły za to inne objawy.
Ogromne swędzenie gardła (
wcześniej swędziało mnie serce), uszu, a teraz oczu. Jest to
tak dokuczliwe,
że czasami mam ochotę drapać się cały czas. To jednak nie koniec
sensacji. Otóż z
chwilą, gdy stabilizowała moja piąta czakra, zaczęłam inaczej
postrzegać rzeczywistość. Rzadziej wybiegałam myślami w przyszłość,
nauczyłam się żyć chwila obecną. Co raz częściej towarzyszyły mi
spontaniczne uczucia, takie jak u dziecka, pod wpływem chwili.
Przestałam się bać przyszłości, odszedł gdzieś lęk, strach o jutro.
Zaczęła się liczyć tylko teraźniejszość. Przestałam się także bać
śmierci. Potrafię o niej rozmawiać jak o naturalnym procesie
wpisanym w życie każdej jednostki. Bardzo polubiłam też milczenie.
Nie wdaję się w żadne bezpodstawne dyskusje. Wypowiadam się w
sprawach ważnych
i decydujących o przyszłości lub powodzeniu jakiegoś przedsięwzięcia
W chwili obecnej odczuwam coraz silniejsze pulsowanie w głowie, a
nawet ucisk w jej części czołowej. Pojawiło się dziwne wibrowanie,
któremu towarzyszy uczucie gorąca. Ostatnimi czasy zauważyłam między
brwiami różową plamkę, która ciemnieje. Zauważam coraz większe
zmiany w wygładzie moich oczu. Niektórzy mi mówią, że mam dwa
zwierciadła, w których można się przejrzeć, bo tak błyszczą. Zmienił
mi się sposób percepcji, czasami zdarza mi się widzieć osoby
trójwymiarowo. Z pewną dozą niepokoju, ale także zaufania
do Stwórcy czekam na dalszy rozwój sytuacji.
Z chwilą mojego wejścia na ścieżkę duchowego rozwoju zaczęłam
ćwiczyć
cnotę cierpliwości. Właśnie z cierpliwością było u mnie najgorzej.
Chciałam
szybciej posuwać się naprzód, denerwowałam się, że moje ciało tak
wolno dostraja
się do nowych warunków. Teraz z perspektywy czasu, gdy patrzę na ten
cały rozwój wypadków, to widzę, że wszystko ma swój czas, również
moje duchowe wzrastanie.
Nie da się go przyśpieszyć, bo ten cały misterny proces zostanie
poważnie zachwiany
i zamiast posuwać się naprzód staniemy w miejscu, lub co gorsza
cofniemy się
do poprzedniego stanu. W tym czasie zaobserwowałam u siebie dziwne
zjawisko.
Im bardziej kierowałam swoją energię do wewnątrz, tym trudniej
koncentrowałam się
na codziennych obowiązkach i zajęciach. Nieraz to aż przymuszałam
się, żeby wykonać różne czynności.
Z biegiem czasu, im bardziej wzmacniałam ducha, moje ciało robiło się jakby słabsze. Oprócz bólów w kończynach górnych i dolnych odczuwałam słabsze napięcie mięśni. Również częściej obserwowałam i nadal obserwuję u siebie chwilową utratę kontaktu z rzeczywistością. Szczególnie następuje to wtedy, gdy wczytuję się w jakąś interesującą mnie książkę lub artykuł. Nie muszę nawet wtedy medytować, aby "odpłynąć". Znajduję się wtedy w jakieś pustce, odłączam się od tej zewnętrznej krzątaniny i przebywam chwilowo w jakimś innym wymiarze. W tym czasie zauważyłam również, że mój zegar biologiczny inaczej odmierza czas mojemu ciału. Mimo upływu czasu odzyskałam młodzieńczą świeżość i sprężystość. Jednym słowem odmłodniałam. Niektóre głębsze zmarszczki uległy spłyceniu, a te które zaczynały się dopiero pojawiać zniknęły zupełnie. Sylwetka mi się wyprostowała, zmienił się mój chód. Stał się lekki jakby wykonywał jakiś taniec, a nie prostą czynność poruszania się. Waga ciała unormowała się, nie muszę stosować żadnych diet, bo organizm sam wybiera pokarm dla siebie, który mam mu dostarczyć podczas posiłku.
Również z chwilą mojego spirytualnego wzrastania zauważyłam, że
zmienił mi
się kształt dłoni oraz linie papilarne. Przybyło mi nie tylko sporo
nowych linii, ale
także pojawiły nowe znaki. Co ciekawe linie i znaki pojawiły się
zarówno na prawej
i lewej ręce. Główne linie (Życia,
Głowy i Serca) pogłębiły się i nabrały regularnych
kształtów. Co ciekawe na początku i końcu mojej linii życia pojawił
się piękny ochronny kwadrat. Również zmiany zaszły w liniach
drugorzędnych (Losu, Słońca i
Merkurego).
W tym miejscu, gdzie przypada faktyczny mój wiek, w którym
rozpoczęłam rozwój
duchowy, te linie, pomimo iż są kontynuowane (miałam
ich wcześniej), stanowią jakby odrębny początek, są silniej
zaznaczone oraz co ciekawe nie biegną już pojedynczo,
tylko w sąsiedztwie swoich bliźniaczych linii. I tak np. lina Losu w
momencie, gdy rozpoczęłam życie duchowe, posiada cztery zespolone
kwadraty, które łączą ze sobą
linię wcześniejszą i już trzy linie późniejsze. Każda z tych linii (Losu,
Słońca i Merkurego) jest zakończona kwadratem. Co ciekawe
zjawisko to obserwuję na obydwu rękach.
cdn...
Maria |
|
SYMBOLE MOJEJ
PRZEMIANY W SNACH (CZĘŚĆ 4) LINK! DO CZĘŚCI 3 LINK! DO CZĘŚCI 5
(CZĘŚĆ 5) LINK! DO CZĘŚCI 4 LINK! DO CZĘŚCI 6
(CZĘŚĆ 6) LINK! DO CZĘŚCI 5 LINK! DO CZĘŚCI 7
(CZĘŚĆ 7) LINK! DO CZĘŚCI 6 LINK! DO CZĘŚCI 8
W moim życiu pojawiło się wiele i jak się później okazało bardzo
ważnych snów,
których akcja rozgrywała się w domu. Senny architekt jednak może
zmienić dobrze
nam znany dom i przebudować go zgodnie ze swoim zamierzeniem. Łączy
elementy różnych budowli i dowolnie dobiera poszczególne elementy,
aby powstała nowa budowla, bardziej doskonała. W domu widzianym we
śnie jest więc wiele szczegółów z naszego życia, również tych
najnowszych, dopiero się tworzących, a całość wiąże się w psychiczną
całość. To co się dzieje w domu, toczy się w nas samych. Często sami
jesteśmy domem. Porównanie z domem daje nam wiedzę o naszym stanie
wewnętrznym i może powiedzieć jak jesteśmy ukształtowani w wewnątrz
i na zewnątrz. Również nasze ciało i to, co się w nim dzieje,
przedstawione jest w obrazie duszy jako dom i gospodarstwo domowe.
Niektóre pomieszczenia domu nie wydają się najważniejsze, a przy
ocenie odsuwane są w cień. Wiążą się z nimi jednak szczególne
spostrzeżenia i uczucia, które kojarzy się z z dziwnymi
wspomnieniami i kompleksami. Najczęściej jednak podczas marzeń
sennych pojawiają
się te części domu, które mają znaczenie ambiwalentne ( dwuznaczne).
Do takich pomieszczeń należą: piwnica, kuchnia, sypialnia,
garderoba, łazienka, toaleta, oraz
strych. Wybrałam te elementy domu, ponieważ w moich snach często
rozgrywała się tam akcja. Teraz po kolei omówię ich symbolikę.
Piwnica
Piwnicę ze snu, podobnie jak rzeczywistą wypełnia tajemnicze
intensywne życie, kryją
się w niej różne niebezpieczeństwa. Tu są zapasy nagromadzone przez
duszę, możliwości całego nieświadomego procesu oraz nierozpakowane
jeszcze rzeczy, które jeszcze nie są do naszej dyspozycji. Oto mój
sen o pobycie w piwnicy " Zmierzchało, kiedy postanowiłam zejść do
piwnicy. Podniosłam klapę i wtedy moim oczom ukazał się niezwykle
ciekawy i zdumiewający widok. Zamiast mroku, którego się
spodziewałam, zobaczyłam jasność, która zalegała całe pomieszczenie.
I co ciekawe panował w nim bal. Towarzystwo rozochocone bawiło na
całego. Panowała wesoła atmosfera, która udzieliła się również mnie.
Spojrzałam na suto zastawione stoły i zapasy zgromadzone na półkach
znajdujących się przy ścianach. Na pierwszy rzut oka uderzyła mnie
ogromna obfitość tego pomieszczenia. Po chwili podszedł do mnie
jeden z uczestników zabawy i powiedział, że chce mnie widzieć główny
organizator, starosta imprezy. Weszłam do drugiego pomieszczenia,
panował w nim półmrok, który spowodował u mnie poczucie niepewności
i strachu. Człowiek, który mnie wezwał przyglądał mi się badawczo,
ubrany był jak wódz indiański, miał kolorowy płaszcz
i pióropusz wokół głowy. Widząc moją niepewność powiedział; zeszłaś
do głębi własnej duszy, w której oprócz zapasów duchowych znajduje
się mrok i strach, który musisz wydobyć i pokonać, wtedy dopiero
będziesz mogła dopiero korzystać z zapasów, które jeszcze nie są
rozpakowane. i rzeczywiście wtedy mój wzrok padł na stos ładnie
poukładanych skrzynek, które jeszcze nie były rozpieczętowane. Gdy
zwróciłam wzrok
z powrotem na swojego rozmówcę, okazało się go już tam nie ma i, że
jestem sama, ale
co ciekawe opuścił mnie strach przed tą nową sytuacją, z którą
miałam się zmierzyć".
Kuchnia
Prawdziwa kuchnia jest centrum domowego ogniska. Tutaj przygotowuje
się posiłki, wykonuje wszelkie możliwe kulinarne czynności ( stąd
podobieństwo do układu pokarmowego). Z tego powodu brzuch jest
nazywany kuchnia ciała, a sny o kuchni symbolizują proces naszego
duchowego trawienia. Kuchnia jest królestwem kobiety,
dlatego kobieta, kucharka , matka wyraża utajone w nas i ożywające
matczyne życie. Kuchnię wypełniają najosobliwsze fantazje - od
najdalej idących przeczuć alchemicznego procesu przemian, który musi
przeniknąć duszę, po różne symbole falliczne takie jak: ubijak,
ciemny kominek itd. Oto mój sen " Znajdowałam się w kuchni, miałam
przygotować posiłek dla większej ilości osób. Pomieszczenie
wypełniał półmrok, który dodawał wrażeń tajemnicy. Gdy moje oczy
przyzwyczaiły się do półmroku, zauważyłam, że ta kuchnia to jakaś
inna, odbiegała od urządzenia tradycyjnym sposobem. Bardziej
przypominała mi laboratorium. Mnóstwo jakiś probówek, szklanych
połączeń. Gdy rozglądałam się dłużej, zobaczyłam palenisko, w którym
radośnie buzował delikatnie płonący ogień. Przez głowę przemknęła
mi myśl, że ktoś tu jest lub niedawno był. Rozglądałam się dalej,
wtedy na okapie kominka zauważyłam książkę : J.W. Goethe " Faust".
Przecież to książka o alchemii - powiedziałam do siebie. Chwilę się
zastanawiałam do czego ona może mi posłużyć. Na jeden raz mnie
olśniło; przecież to instrukcja jak mam wykonać ten cały proces
alchemiczny. Po chwili zauważyłam, że probówki wcale nie są puste, a
wypełnia je pomarańczowo - czerwona ciecz. Skojarzyłam to z dobrze
zaparzoną herbatą. Palący się ogień powodował, że znajdujące się w
szklanych naczyniach mikstury pod wpływem temperatury zaczynają
wesoło bulgotać. Uderzyło mnie takie wyważenie, umiarkowanie w
dozowaniu energii, ponieważ ten proces przebiegał, a nie było
zagrożenia, że coś wybuchnie, lub pójdzie nie tak. Po pewnym czasie
udało mi się przygotować picie, natomiast nie przygotowałam
jedzenia, nurtowało mnie pytanie; co ludzie będą jeść i wtedy się
przebudziłam".
Sypialnia
Niektóre historie we śnie dzieją się w sypialni i maja intymny
nastrój. Sypialnia to
nasza przestrzeń prywatna, tu śpimy pogrążając się w nieświadomości.
Dzielimy ją
z kimś, kto do nas należy i do kogo my należymy. Sen bardzo poważnie
traktuje łóżko
w sypialni, w myśl powiedzenia: jak sobie pościelesz, tak się
wyśpisz. Ten mebel symbolizuje nasze nieświadome położenie. W łóżku
czuje się spokój, bezpieczeństwo, śpiącym nie stawia się żadnych
wymagań. Ale często we śnie odczuwamy niepokój,
który wymaga bliższego potraktowania. Oto mój sen " Wieczorem
podeszłam do swojej sypialni, wtedy zauważyłam, że moje łóżko jest
całkowicie rozgrzebane. Oddzielnie leżał materac, prześcieradło i
poszczególne części pościeli. Osoby, które dokonywały prześcielenia
pościeli bardzo dokładnie czyściły całe łóżko, dopiero później
położyły
świeżą pościel". Inny sen o łóżku rozgrywał się nie w mojej sypiali,
ale w na oddziale neurologicznym w szpitalu. Przytoczę go ze względu
na wymowę " Weszłam na oddział neurologii, wtedy moim oczom ukazał
się nieco dziwny widok. Otóż pielęgniarki prześcielały łóżko. Nic by
nie było w tym nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że te wszystkie
czynności wykonywały w maskach przeciwgazowych i białych ubraniach
ochronnych. Zapytałam dlaczego tak są ubrani. Ich odpowiedź mnie
zszokowała. Odpowiedzieli mi, że moje emocje są tak nawarstwione
przez lata, że nie ma innego sposobu, aby je usunąć. Trzeba
zastosować taką właśnie dezynfekcję, aby zniszczyć ich toksyczność.
Wtedy będę zdrowa".
Garderoba
Sny o garderobie, ubiorach, które nosimy też są bardzo wymowne. Otóż
garderoba,
jako pomieszczenie na ubiory w moich snach była ładnie urządzona.
Panował w niej
idealny porządek. Co było charakterystyczne to fason ubiorów:
niektóre z nich miały
kształt tunik w kolorze pomarańczowym, które noszą buddyjscy mnisi,
inne stroje przypominały szaty liturgiczne, które noszą duchowni
katoliccy z papieżem na czele
(białe alby i różnokolorowe ornaty
- czarnego tylko nie było). Jeśli chodzi o strój świecki to
dominowały głównie sukienki w kolorze różowym i białym. Innych
gatunków odzieży tam nie było. Bardzo mnie to zastanawiało, przecież
w życiu realnym noszę nieco inną garderobę.
Łazienka
Łazienka jako miejsce przypisane zewnętrznemu i symbolicznemu
wewnętrznemu oczyszczeniu, zajmuje ważne miejsce w domu. W moich
licznych snach o łazience przejawiał się zawsze motyw kąpieli całego
ciała, z użyciem środków czyszczących chociażby takich jak mydło.
Ale nie to było jednak najważniejsze. Otóż w jednym z moich snów
pojawiała się całkowicie nowa, inna łazienka, o której nie miałam
pojęcia, że istnieje. Była bardzo nowoczesna, bardzo pojemna, biała
wanna zachęcała do gruntownej kąpieli. Obok wanny były przybory
toaletowe i delikatne środki czystości. W lewym rogu łazienki
znajdowały się misternie wykonane schody, które prowadziły na
strych. Otwór był
w kształcie kwadratu i szczelnie zakrywał wejście. Postanowiłam
sprawdzić
i zaczęłam się wchodzić po schodach. Wtedy usłyszałam za sobą głos:
żeby
tam wejść, należy się wcześniej dokładnie oczyścić. Gdy się
odwróciłam, obaczyłam
kobietę ubraną na biało, wyglądała jakby była łaziebną i sprawowała
pieczę nad
tym szczególnym miejscem. Po tych słowach zeszłam i zażyłam kąpieli.
Toaleta
Ważne są również sny rozgrywające się w toalecie. Ta mała przestrzeń
ma
dla człowieka większe znaczenie, niż mu się je przyznaje. W tym
miejscu jest
sam na sam ze swoim ciałem, by pozbyć się balastu materii i oczyścić
z tego, co
trywialne. Przywraca się zatem porządek, uwalnia od tego, co
niepotrzebne i w związku
z tym odczuwalne jako brud i nieczystość. Mój sen o toalecie był
wyjątkowy, choćby z tego względu, że spotykam w niej papieża Jana
Pawła II. Dostojna postać poinformowała mnie, że z wartości mało
znaczących mogą powstać rzeczy wielkie i doniosłe. Dodał, że proces
alchemiczny przekształca zanieczyszczenia w złoto, dzięki czemu
powstaje
z elementu wzgardzonego - ten najszlachetniejszy, czyli doskonały.
Strych
Strych znajduje się zawsze na najwyższej kondygnacji domu, w
miejscu, które symbolicznie przynależy naszej konstrukcji myślowej. Dlatego
tak ważne jest,
aby tam panował idealny porządek, inaczej w naszej głowie będzie
chaos myślowy,
który może prowadzić do poważnych zaburzeń. Im bardziej mamy
uporządkowany
strych, tym bardziej w naszej głowie myśli są uporządkowane i
przejrzyste.
Dlatego nie można na strychu gromadzić rupieci i niepotrzebnych
rzeczy,
ponieważ skutecznie blokują przepływ nowej energii życiowej.
Na zakończenie chciałam dodać, że używane pomieszczenia w domu
zostają we śnie
jakby ponownie odkryte i naznaczone nowymi i głębszymi wartościami.
W jednym ze snów miałam zestawione na zasadzie analogii dwa swoje
domy, jeden był jego starą częścią,
a drugi był świeżo wyremontowany i gotowy do zamieszkania. Pojawiały
się w nim nowe pomieszczenia, których nie było w starej części. Nowa
część urządzona była z gustem
i bardzo nowocześnie, wyposażona była we wszelkie wygody. Należało
tylko ją zamieszkać. Odkrywanie i zamieszkiwanie poszczególnych
części domu wiąże się z integracją czterech procesów, którymi są:
postrzeganie, myślenie, odczuwanie i intuicja. U każdego człowieka
najbardziej rozwinięta jest funkcja związana ze świadomością i wolą.
Funkcja przeciwna jest wtedy mało rozwinięta i nieświadoma, dlatego
należy równoważyć wszystkie, aby poszerzyć granice swojej
świadomości, która wtedy dopiero wznosi się na wyższy poziom
rozwoju.
cdn...
(CZĘŚĆ 8) LINK! DO CZĘŚCI 7
W moim życiu bardzo często pojawiały się sny, które " wyświetlały"
się pewnymi
odcinkami, cyklami. Jeden taki rzut snów dotyczył mojej symbolicznej
drogi życia i jej orientacji. W trakcie tych snów byłam pielgrzymem
i odkrywałam nieznane mi dotąd drogi. Charakterystyczne były przy
tym cechy drogi, którą się poruszałam, krajobrazy i miejsca, przez
jakie prowadziła, jej cel i występujące na niej przeszkody. Sny
potrafią nieustannie opowiadać o naszej pielgrzymce, wprowadzać we
wszystkie jej szczegóły. Istotnego znaczenia nabiera kierunek drogi,
zabrane wyposażenie oraz ewentualni towarzysze.
Przez pewien czas towarzyszyły mi sny, w czasie których właśnie
pokonywałam drogę w każdym kierunku geograficznym. Kierunek
południowy,
w którym wędrowałam podczas snu piękną asfaltową drogą skąpaną w
słońcu
wprowadził w moim życiu ocieplenie oraz wykształcił siłę woli.
Przecież podążanie
na południe to podążanie w kierunku ciepłych krajów. Z kolei droga
na północ, którą
też podążałam dla równowagi wprowadzała w moje życie symboliczne
ochłodzenie, wprowadziła mnie do królestwa domysłów i intuicji.
Wszak ten kierunek geograficzny symbolizuje też noc z jej
przeczuciami. Kierunek zachodni, w którym też odbywałam senne
podróże prowadził mnie do ekstrawertycznego postrzegania i porządku,
gdy zaś kierunek wschodni budził u mnie intensywność myślenia o
charakterze nierzadko introwertycznym.
Jak łatwo zauważyć towarzyszące mi sny o czterech stronach świata
były
prospektywną zapowiedzą równowagi, która powoli kształtowała się się
w moim
życiu. Na ścieżkach moich snów pojawiały się bardzo często
skrzyżowania i rozstaje
dróg. Gdy potem zestawiłam treść snu z pewnymi sytuacjami
zachodzącymi w moim życiu, stwierdziłam, że są one potężnym
nośnikiem duchowej energii oraz bardzo wymownym obrazem procesów
zachodzących wewnątrz mojej psychiki. Na skrzyżowaniu dróg zawsze
staje się przed decyzją, w którą stronę należy się udać, pójść w
lewo czy w prawo, a może na wprost siebie. Strona lewa oznacza
wartości " ciemne", czyli podświadome, kobiece. Natomiast strona
prawa odnosi się do świadomości, do wartości intelektualnych,
męskich.
Gdy analizowałam ten sen zdziwiłam się, że wybrałam skręt w lewą
stronę.
Przecież jako kobieta powinnam skręcić w prawo, aby uzupełnić swoją
psychikę
o elementy męskie. I tu z pomocą przyszły mi kolejne elementy sny.
Otóż
kierowałam pojazdem jednośladowym, motocyklem, a ten pojazd
wyjątkowo
przynależy do mężczyzn. Otóż sen pokazał mi, że jestem za bardzo
męska,
że muszę obudzić w sobie zagrzebane gdzieś głęboko kobiece wartości
duchowe. Gdy prześledziłam swoje dotychczasowe życie, to znalazłam
w nim dużo takich wątków "męskich", chciałam być twarda, niezależna,
nawet chciałam wykonywać niektóre zajęcia przynależne mężczyznom.
Kilka razy pojawiły się też u mnie sny rozgrywające się na
rozstajach dróg. Jeden z nich
był szczególnie wymowny. Otóż będąc w takim miejscu zobaczyłam tablicę informacyjną z nazwą miejscowości " Ciężkowice". W kierunku tej miejscowości prowadziła bardzo rzadko uczęszczana droga, o czym świadczyła pięknie zachowana nawierzchnia. Gdy udałam się tą drogą, zauważyłam, że droga nie ma żadnych przeszkód, wiec bez trudu dotarłam do pięknego trzypiętrowego budynku w kolorze pięknego fioletu, wokół okien były namalowane białe paski dla ozdoby. Gdy podeszłam bliżej, zauważyłam, że ten duży budynek, to szkoła. Gdy weszłam na parter i pierwsze piętro czułam się wspaniale, bardzo mi się tam podobało. Natomiast, gdy weszłam na drugie piętro, zaczęłam odczuwać tylko lekki niepokój. Gdy zaś pokusiłam się, aby wejść wyżej, poczułam ogromny lęk wysokości.
Wtedy odezwał się do mnie mężczyzna, którego wcześniej nie
zauważyłam,
że nie można tak szybko pokonywać odległości między poszczególnymi
piętrami. Uświadomił mi, że wznoszenie się na wyższe stopnie rozwoju
duchowego, jest równoznaczne z pokonywaniem pięter w budynku. Gdy
się nie jest gotowym, to
wtedy można odczuwać właśnie lęk wysokości. Dodał, że nazwa tej
miejscowości
wskazuje na ciężar, ciężkość, wysiłek, który trzeba włożyć, aby z
tym ciężarem się uporać. Na koniec podkreślił, że należy być przede
wszystkim cierpliwym i niczego nie przyśpieszać.
cdn...
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz